Strach przed brzydotą

Tak się składa, że żyjemy w pięknych czasach. Nie mam tu na myśli cudów natury, kunsztu sztuki współczesnej i wyjątkowości otaczającej nas etyki. Piękno, o którym myślę to my. Otoczeni, a właściwie osaczeni przez kult wyglądu zaczynamy wpadać w pułapkę urody. Ładna buzia to sukces, za którym idą spełnione oczekiwania, perspektywa wysokich zarobków i dobrego życia. Przecież o to chodzi, aby działo się wygodnie, dostatnio, bez zamartwiania o codzienny byt.

Każda epoka to inny kanon piękna. Nam współczesnym o wiele łatwiej jest się wpasować w standardy. Postęp medycyny pozwala spełniać oczekiwania, o jakich nasi rodzice mogli pomarzyć. Na brzydotę nie ma rady, więc pozostawało jedynie liczyć, że spełni się obietnica, iż „ każda potwora znajdzie swojego adoratora”.

Tu i teraz możemy wszystko. Zmienić kształt ust, wyszczuplić uda, podnieść, to co z wiekiem opadło. Oszukać czas i pewnie trochę przeznaczenie, bo nie od dziś wiadomo, że ładny ma łatwiej.

Dzisiejsze standardy to doskonałość. Bez grama tłuszczu na wyrzeźbionym , jak u greckiego Boga ciele. W rozmiarze narzuconym przez kreatorów, z obliczem, co do centymetra dopieszczonym ręką lekarza. Jedyne, czego nam potrzeba to wytrzymać presję, dotrzymać kroku narzucanym zmianom i mieć gruby portfel. Tylko tyle.

W pracy terapeuty i życiu prywatnym coraz częściej spotykam się z osobami, które wręcz paraliżuje strach przed brzydotą. Niepowodzenia i przykre sytuacje składają na karb w ich pojęciu paskudnej fizyczności, stając się stałymi klientami gabinetów medycyny estetycznej. Wielokrotnie mało uczciwych, które traktują takiego pacjenta, jak żyłę złota, proponując poprawki od poprawek.

Porównywanie wyglądu z innymi, maniakalne przeglądanie się w lustrze i witrynach sklepów, kamuflowanie wyimaginowanych defektów ubraniami i makijażem, przybieranie  sprzyjającej postawy ciała, nadmierne stosowanie zabiegów pielęgnacyjnych, adres zameldowania w fitness clubie, korzystanie na kilogramy z suplementów, wsparcie sterydami i systematyczne ostrzykiwanie się kwasem hialuronowym, czy botoksem, to nic innego, jak choroba.

 

 

W dysmorfofobii pacjent koncentruje się na defektach wyglądu, których nie ma. Nienawidzi siebie, uważając, że jego cierpienie jest wynikiem brzydoty. Wierzy, że wielki nos, pieprzyk, małe piersi, czy niewielka muskulatura powodują brak akceptacji w środowisku. Zamyka się w sobie i jedynym światłem stają się dla niego możliwości gabinetów.  Obsesyjnie przeglądając social media poprawia swoje „wady”, chcąc zbliżyć się do podrasowanego ideału. Jest przekonany, że zmiana pozwoli mu prawidłowo funkcjonować. Wpada we własne sidła i zatrzymać jest go w stanie jedynie błąd lekarski, który powoduje, że zaczyna przypominać groteskową wersję samego siebie.

 

Ten kubeł zimnej wody prowadzi do gabinetu specjalisty. Terapia w przypadku dysmorfofobi to proces polegający na zaakceptowaniu siebie. Polubieniu takim, jakim go natura stworzyła, oraz zbudowaniu faktycznej wartości w każdym zakresie funkcjonowania. Drugą stroną medalu jest bardzo często przymus zaakceptowania dokonanych zmian, ale te, o ile nie zostały przeprowadzone przez chirurga plastycznego wymagają jedynie uzbrojenia się w cierpliwość. Hialuron i botoks nie będą w nas dożywotnio, a czas i tak musi upłynąć, abyśmy stanęli na nogi pewni siebie i własnego odbicia w lustrze.