Póki terapia nas nie rozłączy

„Współuzależnioną jest osoba, która pozwala na to, by zachowanie innej osoby oddziaływało na nią ujemnie, a jednocześnie obsesyjnie kontroluje zachowanie tej drugiej osoby” – przekonuje Melody Beattie, powracająca do zdrowia narkomanka i alkoholiczka, autorka książki „Koniec współuzależnienia”

Mówi się, że to najczęściej choroba dobrych żon. Określana, jako bezmiar miłości i oddania – jeśli ktoś upada najważniejsze jest przy nim być, podać rękę i trwać niczym opoka. Nie zdając sobie sprawy, że destrukcja dosięgnie szybciej, niż się wydaje.

 

Współuzależnienie dzieje się nie tylko od alkoholu. Oczywiście, problem najczęściej jest tak postrzegany, ponieważ gros przykładów to żony i dzieci nadużywających procenty. Rozstawiane po kątach, całkowicie podporządkowują życie butelce, która w zaciszu domowego ogniska leje się strumieniami. Nawet, gdy odchodzą i wydaje im się, że drzwi piekła zostały zamknięte to choroba daje się we znaki bardzo szybko. Bez szans, by odciąć ją jednym zdecydowanym ruchem. Współuzależnienie staje się niewygodnym bagażem, a jego brzemię ma wpływ na podejmowane decyzje i próby poukładania sobie życia inaczej.

W większości przypadków uzależnień mechanizmy są podobne. Jedna z osób wprowadza destrukcję, a druga się do niej dostosowuje. W pułapkę często wpadają ludzie dobrzy i wrażliwi. Tą empatią uzależniony manipuluje, jak mu wygodnie. Oczekuje i żąda pomocy, a wtedy u drugiej strony zapala się wewnętrzny nakaz pomocy cierpiącemu. Najczęściej za wszelką cenę.

Terapeuci jednoznacznie podkreślają, że istnieje lista zachowań charakterystycznych dla współuzależnionych. Wszystkie poddają się rytmowi nałogu, dostosowując do niego funkcjonowanie domu. „Tatuś śpi” jest najczęstszym argumentem i nakazem ciszy. W obawie, aby nie rozjuszyć pijanego rodzina staje się niewidzialna. Przejmuje obowiązki pozwalając na komfort  nałogu w sprzyjających warunkach przyrody. Chcąc ratować domowy budżet rzuca się w wir pracy, jednocześnie w tyle głowy mając listę wymówek i usprawiedliwień, dlaczego uzależniony kolejny raz zawiódł. Pozbawiając go konfrontacji z codziennością, przynosząc podane „na tacy” używki. Przemoc, która pojawia się po pewnym czasie też znajduje rozgrzeszenie. Współuzależniona zgadza się na obwinianie, poniewierkę, zdrady, a nawet gwałty małżeńskie. Czuje się coraz gorzej, stłamszona, zdeptana, zrezygnowana i pewna, że nie ma prawa do szacunku, miłości, kariery, własnych zainteresowań. Nie ma prawa do siebie!

 

 

Choć boleśnie zderza się ze ścianą to i tak zaprzecza faktom. Nie przekonują oczywiste dowody i doświadczenia. „ Mój dom jest moją twierdzą” – dość dosłownie postrzega brytyjską maksymę, pewna, że nic co w środku nie może wyjść na światło dzienne. Narzuca sobie i pozostałym członkom rodziny normalność, która w tym wydaniu przypomina groteskę, powodującą zażenowanie i wstyd.

 

W życie wkrada się obsesja. Przeglądanie rzeczy osobistych uzależnionego, ustawiczne telefony, śledzenie, a w konsekwencji przyprowadzanie go z barów i melin, przy zaangażowaniu całej rodziny. Ta kontrola daje złudną namiastkę poczucia bezpieczeństwa i pewności, że pomimo wszystko nadal kieruje własnym życiem.

Cechą współuzależnionych jest wielka elastyczność i umiejętność przystosowania się nawet do ekstremalnych sytuacji. Robią to pewni, że wybrali jedyną drogę, która pozwoli utrzymać jedność rodziny i przyniesie ocalenie choremu.

 

Dopiero podczas terapii uświadamiają sobie rozmiar fizycznych i psychicznych ran, które nieprzepracowane będą cały czas się jątrzyć. Powodując ból, pustkę, rozpacz i zacieranie się granicy pomiędzy dobrem i złem. Proces leczenia pozwala im znów w lustrze zobaczyć siebie. Krok po kroku podnosząc się z kolan.

 

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *